Igrając z ogniem
Miał niestrudzoną wolę przeżycia i instynkt zachowawczy. Marzył o trafieniu do jakiegoś obskurnego motelu, napicia się wódki i odkażenia rany, by następnie zerwać z niej strupy i zszyć ją porządnie. Odpocząć kilka dni i wrócić do własnego życia, wtedy dowiedzieć się co i jak z Kabałą. Gdyby to jeszcze było takie proste…
Podszedł do swojego motocykla, ale nie wsiadł. Nie mógł się schylić ani usilnie ruszyć nogą. Rana jeszcze lekko broczyła krwią, organizm był wycieńczony. Drake raz po raz zadawał sobie pytanie, co począć. Oparł się o ścianę, tuż obok swojego pojazdu. Trudno było mu się ruszyć. Nagle usłyszał donośny, dochodzący z budynku starego laboratorium w Pradze huk. Evans wciąż stał prosto, chociaż siła rażenia zatrząsnęła ziemią. Ceglaste zabudowanie popadało w ruinę, niespodziewanie lokal zaczął się palić. Z każdej strony buchały kłęby ognia, a budynek walił się po wcześniejszym zburzeniu jednej ze ścian. W powietrzu unosiły się obłoki duszącego dymu. Drake powstrzymał się od kaszlu, rękaw przykładając do ust. Zastanawiał się, co doprowadziło do takiego wybuchu. Po chwili zobaczył pędzącego po ulicy lexusa. Mimo że było ciemno, z łatwością wyostrzył wzrok, zwalniając oddech. Numer rejestracyjny na blachach przesunął mu się przed oczami w zwolnionym tempie, jak gdyby Evans właśnie dostał się do Matrixa. Dotarło do niego, że przed muzeum w Luwrze widział ten sam wózek. Dokładnie wtedy, gdy ta wariatka chciała mu zabrać obraz sprzed nosa!
Teraz wóz pędził przed siebie z niewyobrażalną szybkością, pozostawiając za sobą, prócz bałaganu, dodatkowe tumany kurzu. Wokół żarzył się ogień, który rozjaśniał dookoła mroczną okolicę Pragi. Evans czuł się nieswojo, był zły. Wręcz wściekły. Nie mógł wykorzystać swoich prawdziwych umiejętności, nie mógł wsiąść na motor i odjechać z piskiem opon, nie mógł kumulacją swych mocy powstrzymać płomieni. Przestrzelony bok piekł ogniem bólu, rana coraz bardziej dolegała z każdym ruchem, zakażenie pozostawało już tylko kwestią czasu. Gdzieś tam w oddali dało się usłyszeć syreny straży pożarnej i syreny policyjne.
Nie miał na to czasu.
Jeszcze raz spojrzał na harleya. Sam siebie próbował przekonywać, że to jedyna droga ucieczki. Zacisnął pięści, wmawiając sobie, że z bólu przecież nie można umrzeć. Pamiętał, kiedy jeszcze w legionie przytrzaśniętej przez właz zakładniczce prowizorycznym brzeszczotem przetartym wódką z piersiówki amputował lewą nogę. Do tej pory miał przed oczami uśmieszki kumpli, którzy przechrzcili go świętą Tereską. Nikt o zdrowych zmysłach nie ratowałby własnego zakładnika, Drake jednak szanował każde życie. Nie rozumiał pobudek wojennych. Nie walczył dla nikogo, szkolił się jedynie, by w tym pozbawionym sprawiedliwości świecie dać sobie radę.
Zamknął oczy i znów usłyszał krzyk kobiety, jaki przez kilka tygodni po odejściu ze służby budził go regularnie przed świtem.
Co ty wyrabiasz… teraz jeszcze na wspominki ci się zebrało?
Wzruszył tylko ramionami i przestał opierać się o ścianę. Był przecież najlepszym z najlepszych, doskonałym w walce byłym legionistą i podróżnikiem. Do jasnej cholery, tylko on dzięki ambicjom ojca już jako smarkacz ukończył ostatni poziom inicjacji w legionie! I to miałoby pójść teraz na marne? Przez małe draśnięcie kulą?! Mimo to przerażała go myśl, że mogłoby boleć jeszcze bardziej. Że może krwawić bardziej. A zakażenie? Wbrew temu znalazł w sobie tyle odwagi, by w krótkim czasie zdecydować. Nie miał innego wyjścia. Albo zaraz stąd nawieje, albo zostanie zgarnięty przez gliniarzy, których obecności nie trawił, ewentualnie szybko zejdzie z ziemskiego padołu, wykrwawiając się na śmierć. Pochylił się nad motorem i delikatnie przełożył nogę, powoli siadając.
Jęknął.
- Taki jesteś mądry? - zapytał siebie dla dodania sobie otuchy. - To teraz pokaż mi, co potrafisz, kretynie. W takim stanie dzwoni się po karetkę, a nie pogarsza sytuację. Zobaczysz, debilu, niedługo sam wykorkujesz przez własną ignorancję - warknął.
Nawet się cynicznie uśmiechnął, dodało mu to jeszcze więcej odwagi i pewności siebie. Pewności, że da radę, a nic nie jest stracone. Rana na jego nieszczęście była umiejscowiona przy biodrze. Drake’owi mimowolnie łzy stanęły w oczach. Przetarł je mimochodem i zapalił gaz. Pojazd w końcu odpalił. Evans ruszył powoli, z trudem utrzymując kontrolę nad pojazdem. Gdy wyjechał już z okolicy palącego się budynku, minął spokojnie wóz straży pożarnej. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Nagle poczuł się słaby, jak jeszcze nigdy przedtem. Motor zaczął niebezpiecznie podskakiwać na nieregularnej, betonowej nawierzchni.
- Przeklęte, czeskie drogi - przeklął półszeptem.
Raptem spojrzał przed siebie, nie mogąc odwrócić wzroku od zaparkowanego przy drodze mercedesa. Kilka sekund później leżał już na drodze.

Komentarze
Prześlij komentarz