Spadająca woda; Część Pierwsza
To był wieczór pierwszego poniedziałku w listopadzie. Zajęłam ostatnie wolne miejsce po prawej stronie baru i zamówiłam szklankę ulubionego bourbona. Z małego, przenośnego radia Marilyn Manson śpiewał Tainted Love. Poczułam elektryzujący dreszcz na plecach. Słowa tej piosenki brzmiały dla mnie jak psalm. Uwielbiam go i wysłuchałam już tyle razy, że mogłabym powtórzyć pierwsze wersy:
Czasami czuję, że muszę uciec,
Muszę wyrwać się od bólu jaki kierujesz do mojego serca.
Miłość, którą dzielimy wydaje się zmierzać donikąd,
I straciłem
swoje światło, przewracam
się z boku na bok, nie mogę spać w nocy.
Słowa
zdawały się odzwierciedlać pewien sposób patrzenia na życie. Utożsamiałam się z
tym, choć niekiedy trudno było mi widzieć życie w ten sposób. Chyba to jest ta
magia muzyki, o której tak wszyscy mówią. Wrażenie jakby ktoś zajrzał do Twojego
serca i umysłu na raz, a potem przelewał wszystkie uczucia w słowa piosenki.
Zakręciło mi się w głowie od natłoku natrętnych myśli. Barman przyniósł mojego
drinka, a ja w milczeniu zaczęłam sączyć jego zawartość. Początkowo w barze
było tłoczno, lecz po dziewiątej lunął deszcz i goście zaczęli się wykruszać. O
dziesiątej zajętych było tylko kilka stolików. W najdalszym rogu sali siedział
mężczyzna, sam na sam ze swoim daiquiri, który od wejścia przykuwał mój wzrok.
Miał lekko zmierzwione, ciemnobrązowe włosy i ubranie wyglądające na kosztowne
– niebieską jedwabną koszulę i jasnobeżowy kardigan z kaszmiru. Całość ubioru
dopełniał złoty zegarek na czarnym pasku. Nie potrafiłam odgadnąć jego wieku.
Stwierdziłam tylko, że był w wieku idealnym. Wydawał się inny, niczym nieskrępowany,
taki swobodny. Położył brodę na rękach wspartych o blat i pochłonięty
słuchaniem muzyki, cały czas sączył coctail, jakby analizował jakąś szczególnie
zgrabną frazę. Poczułam, że co kilka minut zerka w moją stronę. Wyczuwałam to
fizycznie. Chociaż byłam pewna, że tak naprawdę wcale na mnie nie patrzy.
Miałam na sobie swój codzienny strój – biały, wełniany sweter i dopasowane,
ciemnogranatowe jeansy. Można mi wierzyć lub nie, lecz nie należę do osób,
które przykładają szczególną uwagę do ubioru. Wyznaję zasadę, by wydawać na nie
jak najmniej.
Czas płynął nieubłaganie szybko. Wychyliłam drugiego i trzeciego drinka obserwując wszystkich klientów po kolei. Mężczyzna nadal siedział, wpatrując się w swój kieliszek z bursztynowym płynem, a mnie intrygował coraz bardziej, bo wyglądał jakby wcale na nikogo nie czekał. Ani razu nie zerknął na zegarek ani w stronę wejścia. W końcu dopił swojego drinka i wstał z kanapy. Zbliżała się jedenasta. Jeżeli chciał złapać metro, była to najwyższa pora do wyjścia. Powoli, lecz lekkim krokiem podszedł do mnie i zajął miejsce obok. Od razu odurzył mnie zapach jego perfum. Pachniał szałwią, cytrusami i mchem drzewnym, co w połączeniu tworzyło zabójczą mieszankę. Woń przywodziła mi na myśl leżenie w ogrodzie z wysokim płotem pokrytym bluszczem, zielonym raju o wysoko unoszącym się słońcu.
- Całkiem przyjemna ta miejscówka – wymruczał tak cicho, że prawie nie zrozumiałam jego słów.
- Podoba mi się ta muzyka – odparłam, nie patrząc na niego – Czy ma pan ogień? – spytałam.
Nie miał ani zapałek, ani zapalniczki. Po dłuższej chwili zawołał do barmana, żeby przyniósł pudełko zapałek i podał mi je trzęsącymi się dłońmi.
- Dzięki – zerknęłam na niego ukradkiem. Zwrócił ku mnie wzrok i uśmiechnął się. Miał rozkoszny uśmiech. Jego wargi rozciągnęły się szeroko, a w kącikach oczu pojawiły się drobne urocze zmarszczki. Uśmiech ten wywołał we mnie głęboko pogrzebane wspomnienia – ale czego? W głośnikach rozbrzmiał teraz znany cover Killing me softly with his song od The Fugees. Znowu to wrażenie. Poczułam się jakby osoba układająca dzisiejszą playlistę przygotowywała ją z myślą o mnie.
- Co sprowadza Cię do takiego miejsca w piątkowy wieczór ? – spytałam, spoglądając na niego z ukosa.
- Myślę, że to samo co Ciebie. Trudy życia. A dokładniej próba ucieczki od nich – odparł, zajmując ponownie miejsce obok mnie.
Popatrzyłam prosto na niego. I wtedy do mnie dotarło.
- Matthew – wychrypiałam, nie poznając swojego głosu.
- Dużo czasu Ci to zajęło – stwierdził po chwili z dziwnym wyrazem oczu. – Już myślałem, że mnie nie rozpoznasz.

Komentarze
Prześlij komentarz